 |
Rozdział XII Pogodzeni małżonkowie
Krzeszowski wrócił do baronowej, bo już nikt nie chciał pożyczyć mu pieniędzy,
a nie spłacił starych długów. Jego kamerdyner Leon przybył do pokoju na górze z
wieloma walizkami, baron miał zaledwie podręczną torbę. Już pierwsza rozmowa
baronostwa to kłótnia o procesy i narażania na szwank nazwiska barona. Wszak
Krzeszowska ma w sądach kilka spraw, ale baron 17 procesów o
39 tys. długów, ale
nigdy nie sądził się o lalkę. Zarzut baronowej: Stawska była jego kochanką.
Owszem, ubiegał się o jej względy, lecz jest najuczciwszą kobietą pod słońcem.
Wszyscy z arystokracji odwiedzili ich. Baronowa po cichu zaczęła spłacać długi
męża. Akurat wtedy Rzecki wysłał notatkę do baronowej o długach w sklepie
zrobionych przez barona. Odpowiedziała inwektywami, wracając jeszcze do zakupu
klaczy, którą baron sprzedał za 800 żonie, a od Wokulskiego dostał tylko 600.
Kolejnego dnia Rzecki przyszedł do barona z wekslami wypisanymi przez
Maruszewicza i przez niego podrobionym podpisem barona. Baron bardzo
przepraszał, został wprowadzony w błąd i wszystkim opowie, jak to okradł go
Maruszewicz. Rzecki opowiedział o wszystkim Wokulskiemu. Kilka dni później baron
osobiście stawił się u Wokulskiego z przeprosinami, zwalając winę na
Maruszewicza i prosząc, by Wokulski zamknął go w więzieniu. Zwracał się przy tym
do niego per kuzynie, bo wkrótce miał się Wokulski żenić z jego kuzynką. Chwilę
później był u niego Maruszewicz z oświadczeniem, iż ma zamiar popełnić
samobójstwo z powodu utraty honoru. Wokulski podarł przy nim weksle podrobione
przez Maruszewicza. Po jego wyjściu zastanawiał się, czy dobrze postąpił. Mógł
uwolnić świat od tego hultaja, ale z drugiej strony nie chciał nikogo zamykać do
więzienia.
Rozdział XIII Tempus fugit, aeternitas manet
(tytuł z łac. Czas ucieka, wieczność trwa)
Od kiedy Wokulski zaręczył się, chciał wszystkich uszczęśliwiać. Poza zapisem
dla Rzeckiego po 4 tys. zapisał Lisieckiemu i Klejnowi tytułem odpraw związanych
ze sprzedażą sklepu. Węgiełkowi urządził huczne wesele i dołożył kilkaset rubli.
Wysocki chrzcił córkę, a że dał jej na imię Izabela, Wokulski ofiarował 500
rubli na jej posag. Chciał kupić pod Warszawą mały folwark, pobudować wille i
nazwać miejsce Izabelinem. Zmarła Zasławska, ale Wokulski nie pojechał na
pogrzeb, nie mógł zostawić swojej ukochanej nawet na kilka dni.
Wezwał go do siebie Łęcki i poinformował o chorobie ciotki Hortensji.
Muszą jechać do Krakowa. Izabela powiedziała, że pojedzie z nimi Starski, biedny
chłopiec, któremu prezesowa zostawiła 2 tys. renty i 10 tys. gotówki. Izabela
radziła mu ożenić się bogato, ale on najpierw wyrusza do Wiednia. Wokulski nie
ma nic przeciwko, aby jechał z nimi, wynajmą cały wagon. W wagonie Starski
korzystając z ciemności i tego, że Wokulski siedział tyłem do nich, rozmawiał z
Izabelą. Mówili po angielsku, sądząc, że nikt nie rozumie i nie słyszy. Wokulski
widział ich w szybie odbijającej światło jak lustro. Starski dobierał się do
Izabeli, kpił z talizmanu, ona bała się, że Wokulski odkryje prawdę o nich.
Zgubili blaszkę z talizmanu szukając razem medalionu. Musiał wpaść jej kiedyś za
dekolt. Izabela boi się, ale nie może być obojętna na cynizm i dotyk Starskiego,
gdyż ona tego potrzebuje jak szampana od czasu do czasu. Starski określa się
mianem demona. Wokulski już nie może tego znieść. Na szczęście pociąg zatrzymuje
się w Skierniewicach. Wokulski wypada na stację, prosi konduktora o odczytanie
przed ich wagonem fikcyjnego telegramu. Udaje, że musi wracać do Warszawy choćby
na lokomotywie. Starskiemu mówi, że on nie jest żadnym demonem, a tylko starym
serem co podnieca chore żołądki. Starski pyta, czy żąda satysfakcji.
Wokulski odpowiada, że to raczej on może domagać się satysfakcji od Wokulskiego,
który nieopatrznie wszedł do jego ogródka. Może mu służyć, owszem, o każdej
porze. Kiedy pociąg odjeżdża do Izabeli Wokulski zwraca się po angielsku
„Farewell, miss Iza, farewell”. Błąkał się po stacji i poza nią, określił
Izabelę mianem Mesaliną. Nie miał do nich żalu, znalazł swój swego.
Wokulski źle się czuł, miał halucynacje. Zapytał człowieka, który zdjął
czapkę, kiedy jest pociąg do Warszawy i z Warszawy? Trzy kwadranse. Szedł torami
w kierunku stolicy. Potknął się i upadł. Leżąc wydawało mu się, że kamienie do
niego wołają: „Dosyć!” Niby miał oddać miejsce innym. Jakiś czas później
nadjechał pociąg. Stanisław bardzo cierpiał, miał złamane serce.
Nagle poczuł, że czyjeś ręce porywają go z torów przed nadjeżdżającym
pociągiem. To Wysocki, któremu załatwił pracę dróżnika właśnie w Skierniewicach.
Płakał, żalił się Bogu, omdlał i obudził się dopiero nad ranem, a Wysocki
pilnował go. Kiedy wstał, zapytał czy długo spał? Może kwadrans lub pół godziny.
Dał Wysockiemu dla dzieci kilka banknotów sturublowych dla dzieci i kazał
zapomnieć, co się stało, że był pijany. Wysocki myślał, że Wokulski wszystko
stracił, ten odrzekł, wszystko oprócz majątku. Polecił mu, aby kiedy spotka
człowieka chcącego stanąć przed Bogiem ze swoimi krzywdami, niech go nie ratuje,
nie zatrzymuje.
|
 |